Gdy emocje już opadną...Hard Dog Race Zawiesiuchy 12.05.18r.

Kiedy tylko ruszyły zapisy na tegoroczną edycję HDR, wiedziałam, że tam będziemy. Na początku planowałam start indywidualny, ale ostatecznie dołączyliśmy do sporej ekipy Watahy Bydgoszcz (łącznie startowało nas 20!). Z Bydgoszczy wyjechaliśmy w piątek rano pociągiem, następnie kilka godzin spędziliśmy w Sulejówku i wieczorem byliśmy na miejscu zawodów. Emet przez całą drogę był bardzo spokojny, jedynie na wejściu musiałam wciągać go do pociągu bo usłyszał jeden straszny dla niego syk.


Po zostawieniu rzeczy wybraliśmy się na spacer wokół jeziorek, przy okazji podglądając kilka przeszkód na trasie. Wtedy też przekonałam się, którą przeszkodę będziemy omijać jako pierwszą- Emet bał się wejść do budy. Z kolei jednej z nich nie mogłam się doczekać- wyspy, na którą trzeba dopłynąć i tak samo z niej wrócić. Później nastał czas rozstawiania namiotu, na szczęście kilka dni przed nabyliśmy namiot który rozkłada się w kilka sekund, więc nie zajęło nam to dużo czasu. W namiocie spaliśmy z pociągową ekipą czyli Studentem i Ajlą. W nocy mieliśmy mały wypadek, ale jeśli chodzi o Emeta jestem bardzo zadowolona z jego zachowania- jeszcze wieczorem bał się wejść do środka, na szczęście udało się go namówić i podczas spania nie było żadnych problemów. No, może za bardzo się rozpychał ;).

przeszkoda na wyspie

buda z dwoma wejściami, którą musieliśmy ominąć robiąc karne przysiady

z Emetem i Ajlą
Rano czekała nas szybka pobudka. Prysznic, nakarmienie psów, śniadanie, przygotowanie rzeczy na bieg. Poza tym wszyscy wstali wcześnie i zaczynało robić się głośno. Ja musiałam wstać z jeszcze jednego powodu. Kilka tygodni przed zawodami dostałam propozycję prowadzenia rozgrzewek dla ludzi i psów. To wyzwanie, którego nie mogłam odmówić. Dopiero później zaczęłam się zastanawiać, jak to właściwie zrobić. Rozgrzewka dla ludzi- żaden problem. Rozgrzewka dla psów- mój konik. Ale połączyć? Tak żeby obydwie strony były dobrze rozgrzane? Ostatecznie z Aliną (z którą prowadziłam rozgrzewki, tu jej strona na fb) zostałyśmy przy wersji najpierw część ludzka, później psia podczas której ludzie też pozostają we względnym ruchu. To było naprawdę wspaniałe doświadczenie! Efekt był bardzo udany i powiem Wam, że spodobało mi się stanie z mikrofonem i patrzenie na ćwiczące pieski wkoło mnie. W kilku rozgrzewkach wziął udział Emet, który dzielnie pokazywał ćwiczenia przeznaczone dla psów. Było bardzo ciepło, ale kamizelka chłodząca niesamowicie spełniła swoją rolę i nie miał najmniejszych problemów z ćwiczeniem ze mną w słońcu. Poza tym, znów był bardzo grzeczny i nic tylko chwalić i chwalić. O rozgrzewce będę pisać więcej już niebawem :).

no to pajacyki!

fot. Michał Jaqbiak
Wreszcie nastał czas startu. Biegiem z rozgrzewki, przypiąć numer, zapiąć chip, założyć pas, zmienić smycz. Na szczęście o niczym nie zapomniałam. W strefie ustawiliśmy się o 11.15. Na zegarku start i ruszyliśmy. Pierwsza przeszkoda- czołganie, Emet ładnie z przodu. Druga- opony. Podbiegamy, część psów z drużyny już się przeciska. Weszłam pierwsza, rozchyliłam kilka opon, oglądam się na Emeta- ten prawie styka się łokciami wychodząc z szelek. Zamarłam. Emet przeciwnie, ruszył za psami. Bardzo dobrze się bawił, oj bardzo. Sędzia krzyczy, że mam łapać psa, pytają czy mam jedzenie. Ja wiem, że żadna siła nie przyprowadzi go szybko do mnie, nawet gdyby to był chrupiący kurczak w panierce. Nastąpiło zatrzymanie akcji.

,,straszne'' opony i stan umysłu Emeta- myślicie,że miałam jakieś szanse?...
Całe to wariactwo skończyło się przy grillu z kiełbaskami (czego efektem była zwęglona skóra na faflach), kiedy to zdążyłam go złapać. Ułamek sekundy później byłby już gdzieś dalej. Co tu dużo mówić, zepsułam mu zabawę.
Na trasę wróciliśmy kilkanaście minut później, właściwie za namową p.Andreasa, głównego sprawcę całego HDR. Nie chciałam biec z myślą, że moja drużyna jest już prawie na mecie. Moją jedyną motywacją było sprawienie radości psu- wiedziałam, że pokonywanie przeszkód i możliwość przeciągnięcia mnie po trasie sprawi mu najwięcej przyjemności...nie myliłam się.

na przeszkody wbiega się tak :)
W naszym żywiole... fot. Beata Bucholtz-Cabaj

fot. Sali.pl

fot. Sali.pl


 fot. Tomasz "Dzyngiz" Stankiewicz
Same przeszkody nie były trudne- czołganie się pod oponami, pokonanie kawałka piasku z dużym workiem karmy, przejście przez wodę brzegiem jeziorka, przejście z psem przez wspomnianą budę oraz długi tunel (do którego Emet również nie wszedł), pokonanie dużej kładki i wysokich drewnianych ,,schodów''. Na wyspie należało zamknąć psa w dużej klatce i przejść nad nią drabinami- psisko nie zdążyło się zorientować, że go gdzieś zamykam i migiem pokonaliśmy tę przeszkodę. Były też opony rozłożone na ziemi, no i opony przy których na długi moment rozstałam się z psem. Poza tym na trasie był długi strumyk, który trzeba było pokonać wzdłuż. Tam Emet świetnie się bawił- do tego stopnia, że znalazł spory kij i biegł z nim podskakując. Na koniec czekała nas ostatnia wodna przeszkoda, tam wiele psów miało dość i ja też pierwszy raz w życiu musiałam zachęcać go do wejścia. Następnie znów czołganie i upragniona meta. 
Nie potrafiłam się cieszyć z tego startu- tak naprawdę jeszcze nie do końca się z tym pogodziłam. Wydaje mi się, że za bardzo w głowie ciążyła mi myśl o naszej drużynie. To, że nie byłoby szans na podium to nie miało później większego znaczenia, bo sama jednak miałam inne oczekiwania co do naszego startu a tu jedna pechowa sytuacja wszystko zaburzyła. I pomyśleć, że kilka miesięcy temu myślałam o sledach...wtedy takich momentów na trasie byłoby więcej.

 fot. Biały Wilk - Fotokompozytor
Poza tym jestem bardzo zadowolona z Emeta- na trasie niesamowicie sobie radził z pogodą i przeszkodami. Na wszelkich kładkach musiałam go przytrzymywać, to samo w wodzie. Widok tak radosnego psa nie pozwolił mi się poddać, pomimo że co jakiś czas powracała myśl o bezsensowności tego startu. Woda nas uratowała- pies ani razu nie chciał zwolnić, położyć się. Pięknie pomagał mi w biegu. Ja byłam mocno zgrzana przez rozgrzewki, dlatego musiałam biec w czapce- stąd takie wspaniaaaałe zdjęcia mamy :P. Ale cóż, przynajmniej to przetrwałam i właściwie nie miałam problemów na trasie- biegło mi się bardzo dobrze, trzymaliśmy fajne równe tempo. Po biegu czekało nas pakowanie i powrót na pociąg 13 km w pełnym słońcu- daliśmy radę! Emet po powrocie miał dość mocno zmasakrowane mięśnie, ale po kilku porządnych masażach wrócił do siebie.
W Zawiesiuchach mówiłam, że to nasz ostatni start. Obecnie tworzą się dla nas specjalne szeleczki, a ja wiem że za rok znów będziemy na trasie. Oby tym razem bez większych przygód. 
Share:

8 komentarzy:

  1. Nawet jesli start nie był wymarzony, to będziesz miała co wspominać na stare lata ;) Brawa dla Was - wiedziałam, że to wyczynowa trasa ale okazuje się, że bardziej niz myslałam. Przekraczanie wody to nie jest łatwizna. A o jakich szelkach myślisz?

    OdpowiedzUsuń
  2. Jesteś niesamowita ❗😍

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale fajnie się ogląda takie zdjęcia, kiedy wiadomo, że uczestnicy naprawdę dobrze się bawili :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Od razu widać, że jesteście zgraną ekipą!

    OdpowiedzUsuń
  5. Takie psiaki to mają ekscytujące życie :). Oj, nie nudzą się.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wow! Podziwiam taką wyprawę! :D Ja bym się nie odważyła haha :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Ale piękna okolica! :) Pogoda też dopisała, super!

    OdpowiedzUsuń

Archiwum