Hard Dog Race Wild Węgry- najcięższe wyzwanie w naszym życiu?

Od naszych ostatnich zawodów minął tydzień. Mięśnie wyleczone, trochę zdjęć zebranych, emocje opadły ale duże wrażenia pozostały- czas na krótką (to się okaże) relację!


fot. Megyesi Béla
Po polskiej edycji na dystansie Base (6km) czułam lekki niedosyt i chęć zmierzenia się z podobnym wyzwaniem kolejny raz. Nie sądziłam jednak, że wyjazd na Węgry jest w naszym zasięgu. Tak się wszystko ułożyło, że HDR okazał się pretekstem do dłuższych wakacji i 30 sierpnia ruszyliśmy w podróż pełną przygód.
Zawody odbyły się 1 września na terenie toru motocrossowego w węgierskiej wiosce Piliscsév. Noc przed zawodami spaliśmy z całą drużyną Watahy Bydgoszcz na campingu w Budapeszcie (cały nasz wyjazd opiszę w kolejnym poście), więc na miejsce zawodów wyjechaliśmy już po 6 rano. Na początku udaliśmy się do biura zawodów, następnie na krótki spacer i zaczęłam szykować się do startu. Przypięcie polskich flag do koszulki i szelek, sprawdzenie całego sprzętu (szczególnie smyczy i szelek po historii podczas polskiej edycji), przymocowanie chipa, zrobienie warkoczy...i czekanie. Nasz indywidualny start był o 9.30, a 15 minut przed nami ruszyła cała drużyna. 

fot. Adam Mrozik

Trasa była bardzo wymagająca. Złożył się na to dystans (ostatecznie 13,5 km) i fakt pokonywania 27 przeszkód, ale przede wszystkim- upał i profil trasy. Ilość podbiegów i zbiegów w takim słońcu była naprawdę męcząca (przewyższenie ok. 400m w górę i 400m w dół). Najtrudniejsza była pierwsza połowa trasy z racji małej ilości wody (był kontener, do którego Emet bał się wejść). Pierwszy punkt wodny dopiero w połowie, moim zdaniem o wiele za późno przy takiej pogodzie. Przy każdej przeszkodzie musiałam dać mu odpocząć 5-10 minut (bo lepiej dmuchać na zimne, zresztą momentami nie chciał w ogóle się ruszyć), na szczęście moim oczom ukazał się most. Szybko znalazłam zejście na dół i Emet miał okazję poleżeć w wodzie, a ja dodatkowo polewałam go po pysku. To nas uratowało i tak już było do końca, odeszła moja wizja zejścia z trasy dla dobra psa. Cielaczek odżył, chciał biec, nawet momentami leciał galopem. Mimo to nadal zatrzymywałam się co kawałek- Emet jest typem psa, który wszystko robi na 100%. Biegnie na maxa, a później momentalnie pada na ziemię. Dlatego byłam pewna na co mogę mu pozwolić a na co uważać. 

Okazja na schłodzenie stracona- brak gruntu pod łapkami- panika psa a dla mnie karne (jakże przykładne) przysiady ;) fot. Adam Mrozik
Przeszkody nie były trudne, a jednak kilka musieliśmy ominąć. Emeta pokonały wspomniane kontenery z wodą, sadzawki błotne jak na zdjęciu wyżej, buda i tunel (aczkolwiek wszedł dalej niż ostatnio, zatrzymywała go zahaczająca się obroża o górę tunelu). Udało się za to przejść przez nieszczęsne opony, na których Emet uciekł podczas polskiej edycji. Miałam to szczęście, że w drodze do Budapesztu zajechaliśmy na miejsce zawodów i akurat wzdłuż trasy je zauważyłam. Wyskoczyliśmy z auta, przeszłam z nim pomiędzy, mocno nagrodziłam- i udało się. Poza tym było krótkie przejście wzdłuż strumyka, przejście z zasłoniętymi oczami przez wydzieloną metalowym płotem krętą drogę, przechodzenie przez opony i pod nimi, przeskakiwanie przez opony, przejście przez drabinkę w zwisie (psy na ten czas przypięte), zamknięcie psa w dużej klatce i przejście nad nią, czołganie, przejście pod ziemią, wskakiwanie na przyczepę w kamizelce taktycznej, noszenie dużej puszki z karmą, noszenie metalowej beczki, przejście przez drewnianą palisadę i schody oraz...podbiegi, zbiegi, podbiegi, zbiegi.

fot. Adam Mrozik
Widoki na trasie były przepiękne! Chociaż tyle miałam z tego chodzenia, że było co podziwiać. Zawody ukończyliśmy w czasie 3 godzin (i nie byliśmy ostatni! :P), a zegarek pokazał mi czas ruchu 2 godziny. Przesiedzieliśmy trochę, ale to był start na takim luzie jak nigdy. Nie mieliśmy innego wyjścia przy tej pogodzie, bo zdrowie psa jest najważniejsze- ale wcale nie żałuję! I tak dostaliśmy mega wycisk, pod kątem współpracy zauważyłam poprawę w porównaniu do poprzedniego startu (tylko jedna głupawka i kilka lekkich prób ucieczki) a przede wszystkim byliśmy tam całą drużyną i spędziliśmy świetny czas. Zachowanie Emeta pod kątem innych psów i ludzi było jak zawsze bezbłędne i jestem strasznie z niego dumna pomimo całego szaleństwa w jego głowie. Z Polski wystartowały 32 pary, z czego 10 stanowiła Wataha Bydgoszcz (łącznie zawodników było blisko 1000).
Emet tym razem nie mógł opuścić prysznica- do połowy był oblepiony błotem. Nie było to łatwe, ale udało nam się go utrzymać i porządnie wykąpać. Aż mam ochotę robić to częściej- był taki puszysty i lśniący! :D



Po drużynowych zdjęciach udaliśmy się w kierunku polskich gór, o czym będę pisać kolejnym razem.


z Patrycją i przyszywaną siostrą Emeta- Kalą ❤ fot. Adam Mrozik
część wspaniałej Watahy Bydgoszcz, fot. Adam Mrozik

Myśleliście kiedyś o biegu z przeszkodami z psem? Jeśli nie- zachęcam, niezależnie od tego czy biegacie czy nie. Mówię całkiem poważnie. To z kim widzimy się w przyszłym roku na polskiej edycji? ❤

Share:

3 komentarze:

  1. Bardzo fajna relacja, super event jak widzę, szanuję takie coś , pewnie przygotowujecie się do następnych zawodów? Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Powoli o tym myślę :) na razie głównie odpoczywamy na długich spacerach, ale wkrótce wrócimy do systematycznego biegania.

    OdpowiedzUsuń
  3. Na pewno niezapomniane i wspaniała zabawa. Fajne zdjęcia.
    Pozdrawiam i życzę sukcesów w pisaniu bloga!

    OdpowiedzUsuń

Archiwum