I żeby było normalnie

''Wróćmy jeszcze do tych dni

Kiedy się spełniały sny'''



Jeszcze dwa, trzy lata temu na wszystkie problemy zdrowotne Emeta reagowałam zadaniowo. Ok, stało się, naprawimy. Wyjdziemy z kontuzji, wyrównamy parametry krwi, na nowo zbudujemy masę mięśniową i kondycję. W końcu to silny i zdrowy organizm, więc nawet dłuższe ograniczenie ruchu nie wyrządzi mu krzywdy. Aktualnie wygląda to nieco inaczej. Lekarze też zmienili podejście - mówią, żeby mieć nadzieję. Nie ma już podawania konkretnych terminów, rozpisywania planu. Wszystko pozbawione jest kontroli, oparte na nadziei. Ma biegać? Niech biega, nie mamy wpływu na to czy i co się stanie.


Lubię spontaniczność, ale niepewności nie akceptuję. Nie wobec spraw, nad którymi mogłabym mieć kontrolę. A już jej nie mam. Emet w tym roku skończy 10 lat. Lekarze nadal są zdumieni jego stanem, sami pytają o profilaktykę, żywienie. Przestali traktować mnie jak przewrażliwioną właścicielkę. To prawda, mam poczucie że robię dla niego wiele ale to też dzięki niemu zawdzięczam to, kim jestem. I nie widzę powodu, dla którego miałabym walczyć mniej.
Emet jest niesamowity. Kolejny raz przesuwa granice a mi nie pozwala myśleć o nim jak o psim emerycie. Nie miałam większych oczekiwań, że wszystko wróci do normy. Że znów będziemy jeździć w góry jak w zeszłym roku i zwiedzać na biegowo nasze nowe miasto. W tym momencie zdrowotnie nie dzieje się nic niepokojącego (oby), cały czas wydłużamy spacery a chwilę temu pierwszy raz od pół roku mogłam odpiąć mu smycz. I ja już nie dążę do żadnych wyjazdów i układania tras. Jeśli się uda to oczywiście, będziemy dalej spełniać swoje marzenia. Na razie jednak wystarczy mi ten widok, który miał już nie wrócić - widok beztrosko biegającego psa na polu, bo on nie potrzebuje niczego więcej. I uczy mnie tego samego. Żeby doceniać chwilę i podnosić się z każdej porażki.



Komentarze