piątek, 6 marca 2015

(Nie)planowany przełom, czyli wszystko siedzi w mojej głowie

W ostatnim poście zeszłego roku, tym dotyczącym naszych planów na rok 2015 znalazł się najbardziej istotny dla mnie punkt :

• odwołanie od wszystkiego, skupienie

Do końca lutego daję sobie czas na wyrobienie kontaktu z Emetem w każdych warunkach. Czas zakończyć ciągłe spacery na smyczy i nerwy.


Tak to jest ze wszystkimi postanowieniami, że nie zawsze uda się je zrealizować na czas. Miałam w głowie tę datę, ale wiedziałam że skoro ciągle jest tak samo, nie mogę liczyć na zbyt wiele. Dlatego w pewnym stopniu zaczęłam się z tym godzić. Stwierdzenie ,,w każdych warunkach'' oznacza w każdych warunkach- ok, poza uciekającym kotem. Ale na myśli miałam także psy, do których Emet uciekał za każdym razem tylko zauważając coś w oddali. Mając na uwadzę to, że trwa to trzy lata- nie trudno jest stwierdzić, że wymaga to ciężkiej pracy, ale przede wszystkim mojego nastawienia- o tym później. Zresztą, ciężko powiedzieć czy trzy lata bo od co najmniej 1,5 roku zwyczajnie unikałam takich sytuacji. Zaczęliśmy wychodzić na spacery w nocy, tak żeby nikogo nie spotkać, co dało Emetowi możliwość spokojnego wybiegania się, spokojnego bo nie odczuwał tak mojego stresu (chociaż i tak ciągle wypatrywałam ludzi czy samochodów).
Dlaczego nieplanowany? Nie sądziłam, że ,,każde warunki'' będą aż tak ekstremalne, jak dla nas, to znaczy dla mnie. Ale o tym dalej :).

CIĘŻKA PRACA
To pierwszy element układanki. Gdyby nie to, to co stało się w niedzielę 1 marca nie mogłoby się stać.

*dużo ćwiczyliśmy z linką samą komendę na przywołanie
*przywołanie na gwizdek także wyćwiczone
*skupienie, reakcja na imię- czyli spojrzenie się na mnie
*obedience, które pokazało mu, że praca z człowiekiem też może być ciekawa
*rezygnacja z jedzenia,zabawek
*i najważniejsze w tym wszystkim- spalenie miski, które dało mnóstwo innych korzyści, opisałam je na przykład niedawno w podsumowaniu trzech lat razem. Jedyna rzecz na minus to spadek wagi Emeta, ale powoli wraca do normy.

Co więc było nie tak? Pies nadal przy rozproszeniach wyłączał myślenie i nie było mowy o odwołaniu od czegokolwiek.

MOJE NASTAWIENIE
No właśnie. Powiecie, a co w tym trudnego. Nie można się stresować, bo wiadomo że pies to wyczuje. Tak tak, ale jeśli spojrzymy na to z takiej strony- Emet. 3 lata uciekania. W mojej głowie obraz psa, który ucieka do wszystkiego co się rusza kiedy ja wołam bez skutku. Albo kiedy to ignoruję, też bez skutku. Lata ciężkiej pracy, szukania metod,  rozmawiania z trenerami i chowania się za drzewami.  Sytuacje, w których musiałam za niego przepraszać, w których goniłam go dookoła jakiegoś człowieka, próbowałam złapać przy psie, byłam straszona policją czy wysłuchiwałam jak to mój pies jest niewychowany i że mam go nauczyć przywołania.  Dlaczego nikt po drodze nie wysłał mnie do psychologa? :P
Sama mówiłam sobie, że muszę być pozytywnie nastawiona- jeśli jestem zdenerwowana, tylko pogarszam sprawę. Psy doskonale czują nasze emocje, każdą niepewność. Ale pomimo tej świadomości, nie potrafiłam o tym wszystkim zapomnieć i kiedy widziałam jakieś rozproszenie, od razu zastanawiałam się co zrobić żeby wrócił. Wołałałam więc, próbując nie zmieniąc tonu. Ale w głowie było ,,niech on szybko przyjdzie'' i im dłużej nie przychodził, tym panika się zwiększała bo wiedziałam że zaraz będzie niemiła sytuacja. I co z tego, że mówiłam sobie, że zmieniam nastawienie jak i tak nie znałam innej sytuacji jak ucieczka mojego psa. Nie znałam takiego scenariusza.

czekamy nieświadomi na jeden z piękniejszych i przełomowych dla nas dni :)
SZYBKA TERAPIA ;)
Nie wiem co zrobiłabym bez otaczających mnie osób, głównie jednej która wprowadziła nas w świat obedience a teraz wyprowadza z największego problemu. Właściwie wyprowadza z niego mnie. Bo Emetowi nie mam nic do zarzucenia. Nawet jeśli są to jakieś problemowe zachowania (poza instynktem myśliwskim) uważam, że w większym stopniu nie jest to jego wina.  Ale na szczęście poza zazdrością o jedzenie/zabawki przy psach i zbytnią dominacją (może tu spory wpływ ma jego charakter) nie ma rzeczy , którymi bym się przejmowała tak jak brakiem odwołania od rozproszeń, głównie psów. Dla mnie to podstawa, która niweluje większość problemów.
Trzeba było więc wprowadzić program naprawczy. Usłyszałam, że to prawie niemożliwe, że Emet się nie odwołuje, biorąc pod uwagę naszą pracę, szczególnie spalenie miski (od listopada jeśli dobrze pamiętam). Trafił więc w ręce innej osoby. Plan był (i jest taki), żebyśmy chodzili na spacero-treningi, podczas których to nie ja będę ćwiczyć i zajmować się psem, tylko przyglądać. 1 marca odbył się pierwszy spacer. Na początku trening na polanie w Myślęcinku. Dookoła trochę ludzi, ale nie jakieś wielkie skupisko, czasami biegacze, psy w oddali, rowerzyści. Dla mnie było to już zbyt wiele i nigdy nie spróbowałabym tego sama! Wszystko bez linki (linka na zawsze idzie w zapomnienie, na niej nie ma problemu), smycz w ogóle tego dnia nie istniała. Emet wykonywał pojedyncze ćwiczenia, czasami tylko coś wywęszył. Ani razu nie próbował uciec, a na moje ,,może jeszcze nikogo nie zauważył'' podeszli bliżej do ludzi, a pies nadal nie uciekał. Na początku się stresowałam, później stres zamieniał się w mnóstwo myśli ,,jak to?''. Jak to możliwe że pies, który uciekał do wszystkiego co się rusza, teraz nawet o tym nie myśli? Nawet widząc psa! To było już wiele, powoli sama się męczyłam. A tylko się przyglądałam. Widząc, że ktoś podchodzi bliżej, musiałam patrzeć się na swoje buty albo się odwrócić- byle tylko zbytnio się nie zestresować. Zatkało mnie, dosłownie.
Ale to, co zdarzyło się później...
Usłyszałam ,,to teraz przejdziemy się na spacer''. Zapiąć smycz? ,,nie, Emet będzie szedł luzem''. Ale jak to, mój wszędzie uciekający pies ma być luzem wśród wielkiego skupiska ludzi i innych rzeczy (szliśmy w stronę centrum Myślęcinka, gdzie w weekendy jest naprawdę ogrom wszystkiego). Uważałyśmy tylko bardziej na dzieci lub psy które są dość blisko. W najgorszym wypadku możemy być postraszeni policją. Warto było zaryzykować. Wiedziałam, że muszę wziąć się w garść i nie myśleć o tym, że Emet może gdzieś uciec. Poza tym, nasza najwspanialsza trenerka uznała, że w razie czego wszystko bierze na siebie. To mi też z pewnością pomogło, bo zwykle strasznie się wszystkim przejmuję, a już w ogóle kontaktu z ludźmi, których mam przepraszać za psa- który według przepisów zresztą nie powinien biegać tam luzem, ale straż czy policja nie mają nic przeciwko o ile pies się odwołuje. A z tym odwołaniem to ma początku sporna kwestia, skoro mówiłam że on musi każdego przywitać, powąchać.

przechodzimy w jeszcze bardziej oblegane miejsce
Okazało się, że Emet naprawdę NIE CHCE nigdzie uciekać. W ogóle nie czuł takiej potrzeby. To nie był las, gdzie wyczułby zwierzynę. Widząc go wśród rowerzystów, dzieci, rolkarzy, ludzi nie mogłam w to wszystko uwierzyć. Ciągle przypominałam sobie sytuacje, kiedy na przykład pobiegł za rowerzystą i gonił go przez długi czas. I co z tego, że było to na przykład dwa lata temu.
Były momenty, kiedy nie wiedział co robić. Nagle zaczął gnać przed siebie. Ja odwróciłam się, żeby tego nie widzieć jak leci wprost na rowerzystę. Obie stanęłyśmy. Co zrobił Emet? Zatrzymał się kilka metrów przed celem, nie rozumiejąc co się dzieje. Nikt go nie wołał, nikt się nie denerwował, nikt mu tego nie uniemożliwiał tylko w końcu dał wybór. Za chwilę sam wrócił, po czym został spokojnie nagrodzony- on potrafi, tylko ja o tym nie wiedziałam.
Wspomnę jeszcze o jednej, może się wydawać niebezpiecznej sytuacji. Idąc główną asfaltową ścieżką w lesie podzieloną dla pieszych i dla pojazdów, także szedł bez smyczy. Nagle wpadł do lasu, w stronę biegaczki która przemieszczała się za drzewami, więc było to bardziej przyciągające jego uwagę niż skupisko ludzi. Jakieś dwa metry koło niej odbił po łuku, wpadając na ścieżkę i wracając do nas, mijając przeróżnych ludzi, dzieci i pojazdy. Wrócił prosto do nas. Ewidentnie było to rozładowanie emocji, ale dla mnie kolejne podskoczenie serca do gardła a zaraz ogromnej ulgi i wypełniającej się nadziei. Na ten dzień było już zbyt wiele, to wszystko nie mieściło mi się w głowie, więc po dojściu do końca drogi kierowaliśmy się na tramwaj.

CZY TO KONIEC?
Post odnosi się do naszego celu, który miał być zrealizowany do końca lutego. Przeszło to moje oczekiwania i mogę powiedzieć, że naprawdę jestem zadowolona. Nie powinnam już przejmować się puszczaniem Emeta chociażby przy ludziach, ale czeka nas jeszcze kilka spacerów, podczas których będę tylko się przyglądać i uczyć mojego Emeciątka na nowo :). Bo przecież to tylko ja mam się uczyć jak zaufać psu,  Emet w tej kwestii nie musi nauczyć się nic. Muszę zbudować sobie w głowie obraz psa, który nie chce nigdzie uciekać. Po jednym dniu (plus jednej wizycie na wybiegu) zmieniłam już swoje myślenie i postrzeganie psa, za kilka spacerów spróbuję sama. Muszę być pewna na 100%, aby nie wrócić do początku. Na razie psy widział dość daleko (w tym jednego ganiającego za piłką), zobaczymy jak to będzie z bliska. Obecnie jest taki etap, że wiem, że zdążyłabym go przywołać i zapiąć na smycz widząc gdzieś psa, dlatego nie skupiam się na tym tak bardzo. Zresztą po tym dniu widzę, że nie muszę nawet go wołać. On sam wybierze. Imię lub komendę usłyszał dosłownie kilka razy, a spacer trwał naprawdę długo. Oczywiście, że idealnie byłoby go odwołać także przy psach które są blisko, a z którymi się nie witał. Ale uwierzcie mi, że po tym dniu nie spodziewałam się że zrobimy taki wielki krok naprzód. Mogę nawet ustanowić sobie taki cel odnośnie przywołania przy psach z bliska, bo wiem że teraz jest to bardziej możliwe niż kiedykolwiek. Zdecydowanie będzie to zasługiwać na osobny post, dlatego ten publikuję już teraz. A co będzie dalej, zobaczymy. Miejsca na blogu nie zabraknie :).
Na ten moment właściwie skończyło się większość moich narzekań, że nie chcę aby mój pies był odwołalny dopiero za kilka lat. Nawet nie żałuję, że trwało to tyle czasu (a możliwe, że udałoby się to już wcześniej wpadając na taki pomysł ze zmianą przewodnika). Emet na tym wiele nie tracił- przecież i tak zapewniałam mu bieganie w lesie lub w nocy na osiedlu. Poza tym gdyby nie było tak pod górkę, nie nauczyłabym się tak wiele. W pewnym sensie spełnia się moje największe marzenie. Pozostaje tylko wziąć psa w swoje ręce i nie wracać do tego, co było kiedyś. Za kilka dni w końcu odważę się zrobić to sama. Wiem, że jeśli teraz ucieknie do kogoś, będzie to tylko moja wina. I z takim poczuciem jest mi znacznie łatwiej.



Jeśli masz problem ze swoim psem, a możesz uczciwie powiedzieć, że spędziłeś na jego rozwiązaniu dużo czasu i przerobiłeś potrzebne podstawy, najpierw zastanów się czy to nie w Tobie leży problem.

19 komentarzy:

  1. Całkowicie zgadzam się z ostatnim stwierdzeniem. Od kiedy zmieniłam swoje nastawienie do psa, do tego co robimy, do szkolenia, wychowania - efekty zaczęły się pojawiać od razu. Pies nie był tu niczemu winien. Przeciwnie - to ja popełniałam masę błędów wychowawczych, których w przyszłości na pewno już nie powtórzę. Teraz dobrze się dogadujemy, a treningi sprawiają nam dużo radości. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mój pies też się nie odwołuje, lecz jeśli się na mnie patrzy, a nie przychodzi, uciekam w przeciwną stronę i później przychodzi. Muszę zakupić dobrą linkę na takiego bernardyna, aby ćwiczyć, bo według mnie Flexi się do tego nie nadaje.
    Pozdrawiam!
    Emilia & Beethoven :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak to jest, Niko też jest bardzo przyjacielskim psem i nawet teraz zdarza mu się pobiec do obcego.Na szczęście okazuje się, że psiaki z tego wyrastają - przynajmniej po trochu... czasami trzeba naszym psiakom zaufać i zobaczymy jak nasz włożony trud przynosi efekty :)

    Pozdrawiam!
    Świat Niko

    OdpowiedzUsuń
  4. W pracy z psem często trzeba się przełamać. :) Znam osoby, które nie potrafią puścić swoich psów luzem ze smyczy (nigdy!) ponieważ nie mają do nich zaufania i najzwyczajniej w świecie się boją.

    Pozdrawiamy
    Ola i Baddy!

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam to samow w głowie boję się spuścić Luny bo cały czas myślę że przyjdzie jakiś pies a ona odrazu za nim pobiegnie.
    Super że udało wam się mam nadzieję że jak sama z nim pójdziesz będzie tak samo dobrze.

    Pozdrawiamy Ola&Luna

    OdpowiedzUsuń
  6. Wspaniała historia. :)
    "*dużo ćwiczyliśmy z linką samą komendę na przywołanie
    *przywołanie na gwizdek także wyćwiczone
    *skupienie, reakcja na imię- czyli spojrzenie się na mnie
    *obedience, które pokazało mu, że praca z człowiekiem też może być ciekawa
    *rezygnacja z jedzenia,zabawek
    *i najważniejsze w tym wszystkim- spalenie miski" Byliśmy już u wszystkich szkoleniowców (pięciu) ze swojej okolicy. Uważam, że pierwszy zniszczył mi psa, tzn. ja bez większej wiedzy szkoleniowej na początku nie widziałam nic złego, ale potem miarka się przebrała... (metody szkoleniowca: szarpanie, obroża pół-zaciskowa, kolczatka, inne kary siłowe itp. - na szczeniakach(!)). Na razie jeszcze pokładam nadzieje w ostatnim szkoleniowcu, ale spróbuję też wypełniać niektóre z tych punktów, które wypisałaś. Może się uda ;) Niestety prawdziwego obi nie ma nam kto pokazać, ani nauczyć chyba z naszej okolicy. :/ Martwi mnie też trochę spalanie miski. Kajo ma problemy z zębami (z powodu bólu zębów tworzy mu się osad, bo oszczędza wszystkie tylne zęby) i jeśli dostaje karmę do miski to jest ok. Rozgryza chrupki (dzięki temu ściera ten osad, chociaż częściowo), ale już gdy bierze z mojej ręki to potrafi rozgryźć jeden (lub w ogóle żadnego) na całą porcję, którą dostaje jako śniadanie/kolacje. Piszesz, że najważniejsze w tym wszystkim jest spalanie miski dlatego też chciałabym się spytać czy bez spalania miski i raczej też bez obi praca nad przywołaniem na lince, z gwizdkiem, nad rezygnacją z jedzenia i zabawek, nad reakcją na imię może pomóc? Bo na razie moje nastawienie i obraz mojego psa jest do twojej starej wizji Emeta podobny, czyli na pewno ucieknie jak go spuszczę i na pewno nie wróci, gdy zawołam.

    OdpowiedzUsuń
  7. podziwiam cie za wytrwalposc. u mnie tresura mojego pieska zakonczyla sie na tym, ze jak ide z wjazdu do domu i uniose reke to on biegnie do budy ale poza tym to nic ;p zapraszam na rozdanie:)

    OdpowiedzUsuń
  8. No ja zawsze wychodzę z założenia, że moje psy nie popełniają błędów, jeśli cos robią nie tak, to jest to wyłącznie moja wina ;-)

    Pozdrawiamy i trzymamy kciuki - szczególnie za Ciebie, bo Emet jak widać radzi sobie doskonale i wszystko umie ;-)

    Śledź też pies

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja to samo mam! :) I też zauważyłam, że dużo wątpliwości i problemów miałam w głowie. Teraz pracuję nad sobą, staram się głośno opowiadać i chwalić Ru postępy, trochę na zasadzie samosprawdzającej się przepowiedni :) Jest coraz lepiej i widzę, że to działa. Niesamowite jakie ograniczenia nakładamy sami na siebie!

      Podziwiam cały spacer i silne nerwy!:) Oby już nie było większych zgrzytów, trzymam kciuki!

      Usuń
  9. Jeju, super wiadomość! :) Bardzo wam tego gratuluję.
    Masz rację. To przecież nie psa wina, a nasza, my nie rozumiemy, doprowadzamy do tych wszystkich problemów (no, prawie wszystkich). Ja sama musiałam się przełamać, zaufać. Nie powiem że jest dobrze, ale też i nie tragicznie.
    Jak tylko zrzucę tą kurtkę i grube ubrania, mam zamiar solidnie wziąć się za psa, naprostować go. Wpisy takie jak Twój bardzo motywują! :)

    OdpowiedzUsuń
  10. U nas ten sam problem był ale co spacer jest coraz lepiej. Mam nadzieje że do perfekcji kiedyś dojdzie :)
    Co do spuszczania psa ze smyczy to też się bałam ale zdecydowałam co będzie to będzie, efekt np dzisiaj, jak się odwołała od dwóch poskowców ;)
    No oby tak dalej ! ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Z tym psychologiem, to moze i faktycznie racja ;D Swietne wiadomosci, ciesze sie, ze udalo osiagnac sie sukcec i zycze Ci odwagi do samodzielnych spacerow :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Mam ten sam problem jeśli chodzi o uciekanie do psów.Niestety Izaya widząc już z daleka psa leci do niego nie zwracając uwagi na moje wołanie.Boje się tylko tego,że dojdzie do bójki i nie będę umiała rozdzielić psów.Oczywiście pracuje z nim nad tym ale jeszcze kupa pracy przed nami :) Co do rowerzystów szybko się oduczył i juz jakoś ludzie go tak nie kręcą.Cieszę że twojemu psu wychodzi coraz lepiej i że ty sama nabierasz zaufania do psiaka :) Życzę dalszej pracy z efektami :D

    OdpowiedzUsuń
  13. Najczęściej problem bierze się z właściciela, a ja już pies jest na to mocno reaktywny to mamy mieszankę wybuchową ;) Trzymam mocno kciuki za dalsze postępy i Twoje podejście :)

    OdpowiedzUsuń
  14. we mnie też jest problem, bo często zanim psiak zdąży coś zrobić, już wyobrażam sobie, że źle się zachowa. ja nieraz puszczam smycz, ale nie przy ruchliwej drodze, bo kiedyś zobaczyła kota przede mną i pobiegła, wole nie ryzykować, bo co by było gdyby jechał samochód?!

    OdpowiedzUsuń
  15. Trzymam za was kciuki. U nas największy problem to brak mojej cierpliwości, no ale treningi działają cuda. A przed nami wielkie wyzwanie czyli smycz.

    OdpowiedzUsuń
  16. Zawsze uważam, że jeśli coś nie wychodzi to wina jest tylko i wyłącznie nasza. Pies nie zna naszego języka, więc można sobie wyobrazić jak ciężko jest mu zrozumieć czego od niego wymagamy :)
    A co do uciekania to przeszłam przez praktycznie to samo, tylko nie miałam takiej osoby jak ty, która pokazałaby co robię źle. Z biegiem czasu sama do tego doszłam :) Najważniejsze, żeby całkowicie wyczyścić myśli z tych wszystkich poprzednich ucieczek i nieprzyjemności. Zacząć z nową kartą i nie wołać psa przy każdym oddaleniu. Jeśli z nim dużo pracujemy, on sam wybierze nas i to chyba było najtrudniejsze w tym wszystkim do zrozumienia :)

    OdpowiedzUsuń
  17. posiadam ogromy problem z powitaniami:
    Moja psina jest ogromnie pobudzona, gdy wracam, a mam kawałek do przejścia od uliczki do drzwi. Skacze, reaguje na siad, ale jak przywitam i powiem koniec, znowu zaczyna skakać, trzyma za nogę, podgryza, strasznie drapie:
    gdzies dostałam poradę, żeby ten kawałek się bawić, ale czy to nie zwiekszy pobudzenia? nie lepsze bedzie wydawania smaków jeden za drugim? ignorowanie też nie działa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja bym zupełnie ignorowała, bez żadnego powitania dopóki się nie uspokoi, ale jeśli było to już wypróbowane przez dłuższy czas to można spróbować ze smakołykami, właśnie wydając je powoli, spokojnie, bez dotykania psa. Jeśli za jakiś czas będzie poprawa, spokojnie chwalić głosem. Ale na pewno szybko nie wracać do powitania od razu, najlepiej w ogóle nie odzywać się do psa dopóki nie będzie spokoju. Zabawa sprawi, że za każdym razem będzie witać z jeszcze większymi emocjami, a ma być odwrotnie. Chwilowa zabawa nigdy nie zmęczy na tyle psa, jedynie go pobudzi.

      Usuń